Wszyscy znają łacińskie powiedzenie "De gustibus non est disputandum" które – bardzo słusznie – uważa się za wezwanie do zaniechanie dyskusji na dowolny temat gdy obszar dyskusji wykracza poza obszar ocen konkretnych znanych faktów i racjonalnych argumentów i wkracza w dziedzinę subiektywnych opinii, które każdy z dyskutujących może mieć odmienne i nie zamierza ich zmieniać. Jednak ja jako twardo kształcony w liceum w zakresie łaciny wiem, że łacińskie słowo gustus oznacza głównie smak.
No więc dzisiaj będzie o smakach. Moich smakach. O tym co lubię.
Nie zamierzam Państwa namawiać, żebyście mnie naśladowali, bo moje gusty są zdecydowanie niewyrafinowane, chociaż z racji pełnienia różnych ważnych funkcji zdarzało mi się uczestniczyć w bardzo wysublimowanych w treści i w formie oficjalnych biesiadach. Zresztą ja już raz za te prostackie gusty kulinarne zostałem srodze ukarany. Otóż w dniu 28.07.2024 opublikowałem w Gazecie Krakowskiej i Dzienniku Polskim artykuł „Jak jeść tanio i smacznie na wakacjach?”. Tekst się podobał i przedrukowały go wszystkie polskie gazety. Ale byli też tacy, których ten tekst oburzył! W szczególności dotyczyło to Pana, który wcześniej na drugi dzień po każdorazowym wydaniu mojego felietonu w gazetach - udostępniał mój tekst także na stronie internetowej Aktualności AGH. Otóż ów Pan po wydrukowaniu w gazetach mojego felietonu o wyżej podanym tytule - odmówił jego wystawienia na stronie AGH, bo przyznałem się w tym tekście do tego, że lubię podczas wyjazdów zupki błyskawiczne. Zupki takie kupuje się w torebkach w każdym sklepie spożywczym. Złożone są one z bardzo cienkiego makaronu wynalezionego przez Japończyka Momofuku Andu i dodatku smakowego w postaci torebki czegoś, co się nazywa Soup Base i co wole nie wiedzieć czym jest. Taki makaron ze smakowym dodatkiem trzeba zalać wrzątkiem w kubku, poczekać kilka minut i już można jeść. Oczywiście nie można tak się odżywiać długo, bo to niezdrowe, ale awaryjnie w czasach gdy wyjeżdżałem na konferencje naukowe do różnych odległych krajów, ratowało mnie to przed koniecznością wydawania „cennych dewiz”, których na takie naukowe delegacje dostawało się bardzo mało.
Dzisiaj chcę się przyznać do jeszcze jednej potrawy, którą bardzo lubię i zajadam ze smakiem także w Polsce. To hot dog (gorący pies?). Każdy chyba wie – gorąca podłużna bułka z otworem, do którego wkłada się gorącą kiełbaskę i sos o wybranym smaku. Uwielbiam!
Przeczytałem o historii powstania tego przysmaku.
W 1478 roku w Frankfurcie nad Menem wynaleziono cienkie kiełbaski nazwane franfurterkami. Ale początkowo była to po prostu jeszcze jedna wędlina – i tyle. Potem około 1600 roku niemiecki wędliniarz Johann Georghehner wymyślił parówki wkładane do bułki, które nazwał Dachshund, czyli jamnik. Ale Niemcy tych jamników nie pokochali. Poznali się natomiast na nich Amerykanie, których możliwość zjedzenia czegoś smacznego i pożywnego dosłownie w biegu dosłownie zachwyciła. Podobno pierwszą budkę z tymi gorącymi parówkami w bułce otworzył niemiecki imigrant Charles Feltman. Budkę postawił na Coney Island, gdzie mieszkańcy Brooklynu chętnie wypoczywali na plaży lub ma nadbrzeżu z widokiem na Manhattan - ale chętnie coś przy tym przegryźli.
Więc Feltman wyszedł im naprzeciw i w ciągu pierwszego roku sprzedał 3684 hot dogi. Uznał to za sukces!
Ale czymże jest ta liczba wobec obecnych „pożeraczy hot dogów”?
W Polsce zajadamy je na stacjach benzynowych (Orlen sprzedał w 2022 roku 58 mln hot dogów), w Żabce (74 mln w 2022 roku), a także w wielu innych miejscach - i spożycie to stale rośnie. Więc ja z moim upodobaniem do tej przekąski nie jestem jakimś szczególnym wyjątkiem!
***
Skrócona wersja powyższego felietonu autorstwa prof. Ryszarda Tadeusiewicza została opublikowana w „Dzienniku Polskim” oraz „Gazecie Krakowskiej” 14 listopada 2025 r.