29.06.2022

Sankcje to dotkliwa broń


Grafika z powielonym tytułem artykułu.

Fotografia przedstawia mężczyzn i kobiety ubranych w zimowe stroje, którzy trzymają flagi państwowe Ukrainy oraz parasole w narodowych barwach ukraińskich. Nad nimi widoczne jest również transparent z napisem „Sanction Russia!”.

fot. Dreamstime

Mocno uderzają w rosyjską gospodarkę, ale wpływają – choć oczywiście w mniejszym stopniu – na sytuację m.in. w państwach europejskich, w tym w Polsce – mówi o sankcjach nałożonych na Rosję po agresji na Ukrainę dr Maciej Woźniak z Wydziału Zarządzania.

***

24 lutego zburzył ład bezpieczeństwa w Europie, czy równie poważne zawirowania dotknęły też gospodarkę?

Dr Maciej Woźniak: Powiedziałbym, że one pojawiły się już wcześniej w związku z pandemią COVID-19, natomiast agresja rosyjska na Ukrainę dodatkowo zintensyfikowała te procesy. Jednym z głównych problemów w ekonomii są obecnie łańcuchy dostaw – na jeden produkt składają się elementy wytwarzane w różnych krajach, a tylko jeden odpowiada za jego finalne złożenie. Wskutek powtarzających się lockdownów w Chinach części często nie docierały do Europy. Obecnie tocząca się wojna spowodowała dodatkowo, że trasa tranzytu z Chin oraz innych krajów regionu, która oprócz drogi morskiej biegła drogą lądową m.in. przez Ukrainę, również została zaburzona.

Obecne sytuacja może na niektórych firmach wymusić zmianę dotychczasowego modelu działania. Przedsiębiorstwa, zdając sobie sprawę z możliwości wystąpienia wojny czy kolejnej pandemii, starają się koncentrować produkcję w mniejszej liczbie krajów albo w państwach leżących blisko siebie, tak żeby łańcuchy dostaw były jak najkrótsze – ekonomiści mówią nawet obecnie o deglobalizacji gospodarki.

Czy nie grozi to zubożeniem dotkniętych tym procesem rejonów świata i np. kolejnym kryzysem migracyjnym?

Jest to poważne zagrożenie, zwłaszcza jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę wzrost cen zbóż, które wcześniej były eksportowane m.in. do Afryki Północnej z Rosji czy Ukrainy. Przypomnę, że jednym z powodów wybuchu tzw. arabskiej wiosny były znacznie rosnące ceny żywności. W konsekwencji obserwowaliśmy masowy napływ ludzi z tamtego regionu do Europy. Obecnie ekonomiści zwracają uwagę, że ceny żywności rosną też np. w krajach Ameryki Środkowej. Perspektywy są więc mało optymistyczne.

Fotografia przedstawia ponton z uchodźcami z Bliskiego Wschodu. Wśród uchodźców są kobiety i mężczyźni. Obok pontonu w płytkiej wodzie stoją też kobieta i mężczyzna w kamizelkach odblaskowych. Mężczyzna trzyma na rękach małe dziecko.

Jednym z powodów wybuchu tzw. arabskiej wiosny były znacznie rosnące ceny żywności. W konsekwencji obserwowaliśmy masowy napływ ludzi z tamtego regionu do Europy – mówi dr Maciej Woźniak, fot. Dreamstime

Rosja odczuwa deficyt walut

Jaką cenę ekonomiczną Rosja płaci za wywołaną przez siebie wojnę?

Najbardziej dotkliwym skutkiem nałożonych przez zachód sankcji wydaje się znaczne wykorzystania rezerw walutowych, które stanowią obecnie swego rodzaju psychologiczne zabezpieczenie krajowego pieniądza. Posłużę się tutaj przykładem z naszej gospodarki. Na początku lat 90. w wyniku akcji prof. Jeffreya Sachsa, który był wówczas doradcą w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, Polska otrzymała dodatkowe zabezpieczenie w postaci 1 mld. dol. Sama informacja, że pieniądze wpłynęły do kraju i mogą być wykorzystane, spowodowała spadek presji inflacyjnej i uspokojenie rynków. Ostatecznie pieniądze nie zostały użyte, ale stały się częścią rezerw banku centralnego.

W przypadku spadku kursu rodzimej waluty, jaki w związku z wybuchem wojny obserwowaliśmy w Rosji, można za amerykańskie dolary skupować ruble. W ten sposób ich ilość na rynku się zmniejsza, w związku z czym kurs idzie w górę. Przykład wielu krajów pokazuje jednak, że taka polityka jest skuteczna jedynie na krótką metę. Żaden bank centralny nie jest w stanie interweniować tak w przeciągu kilku lat. Może co najwyżej powtarzać interwencję przez kilka tygodni czy miesięcy, w zależności od tego jak silne są rezerwy.

Czy odcięcie rosyjskiego państwa od zachodniego kapitału jest równie dotkliwe dla prywatnego biznesu?

Odniosę się tu do przykładu małych i średnich przedsiębiorstw, które są przedmiotem moich badań naukowych. Żeby ratować gospodarkę, Rosja musiała podnieść stopy procentowe. Mamy z tym do czynienia również w Polsce, ale stopy w Rosji są znacznie wyższe. W ekonomii od lat 60. istnieje koncepcja, że w takiej sytuacji tracą właśnie najbardziej małe i średnie firmy. Banki, udzielając kredytów, preferują dużych graczy, a zamiast finansować małych i średnich wolą kupować obligacje skarbowe – zwłaszcza, kiedy perspektywy gospodarcze są niepewne. W efekcie wiele z tych przedsiębiorstw przestanie inwestować, a część zwyczajnie zbankrutuje. Trzeba zaznaczyć, że mówimy tu o firmach, które są najbardziej elastyczne i stanowią zaplecze klasy średniej. Dlatego podejrzewam, że rosyjskie władze podejmą w tym względzie jakieś działania zaradcze. Pamiętajmy jednak, że spora część dostępnych środków idzie na finansowanie działań wojennych, ochronę kursu rubla i spłatę zobowiązań zagranicznych. Dla przedsiębiorców zostaje ich więc już niewiele.

Rosyjskie firmy osłabia też wycofywanie się z tamtejszego rynku zachodnich przedsiębiorstw. Ograniczenie współpracy w zakresie przepływu know-how, innowacji czy nowych rozwiązań w przedmiocie zarządzania będzie dodatkowo potęgowało odpływ kapitału zagranicznego, co przełoży się negatywnie na bilans płatniczy.

Rosja poszukuje jednak partnerów w innych obszarach świata, żeby zrekompensować sobie ograniczenie relacji z zachodem.

Rzeczywiście z pomocą mogą przyjść Rosji takie kraje jak Chiny czy Indie, co pokazuje historia. Po sankcjach nałożonych w latach 2014-2015 po aneksji Krymu nastąpiło załamanie w rosyjskiej gospodarce, ale później zaczęła sobie radzić coraz lepiej. Miało to związek z faktem, że w miejsce wycofujących się z Rosji firm amerykańskich i europejskich pojawiały się przedsiębiorstwa ze wspomnianych państw. Rosjanie dopuszczali je nawet do projektów strategicznych, czasem nawet oddając kontrolę nad takimi przedsięwzięciami.

Co dziś wydaje się korzystne, w długiej perspektywie może mieć dla Rosji jednak negatywne skutki. Rywalizuje ona z Chinami o rynki Azji Środkowej, zwłaszcza w krajach byłego ZSRR. Robi to za pośrednictwem utworzonej w tym celu Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, a Chiny poprzez ekspansję swoich firm. Teraz być może te ostatnie przejmą jeszcze więcej rynków i bardziej niż dotychczas uzależnią Rosję od siebie.

Ropa jako narzędzie polityki

Sankcje nałożone po aneksji Krymu, o których pan wspomniał, miały też dużo bardziej ograniczony zakres niż obecne. Nie uderzały np. bezpośrednio w eksport węglowodorów z Rosji, który stanowi główne źródło dochodów Kremla.

W tej kwestii warto wspomnieć o jeszcze jednym instrumencie, przy użyciu którego zachód może naciskać na Rosję. Zdaniem wielu ekonomistów poprzednie sankcje obniżały tempo wzrostu rosyjskiego PKB o około 1 proc. Ale towarzyszył im dodatkowy nieprzewidziany efekt, polegający na obniżeniu cen ropy naftowej. Nawet sami Rosjanie przyznają, że wyniku tego spadek PKB wynosił łącznie 5 proc., czyli pięciokrotnie więcej niż wynikałoby to tylko z nałożonych restrykcji. Dlatego obserwujemy obecnie działania mające na celu uwolnienie rezerw ropy nawet przez takie kraje jak Iran czy Wenezuela, co spowodowałoby wzrost jej podaży na rynku i spadek cen.

Znowu odwołam się tu do historii. Odtajnione niedawno amerykańskie dokumenty pokazują, że w latach 80. Waszyngton dość skutecznie wpływał na Arabię Saudyjską, żeby zwiększała ilość wydobywanej ropy, co miało zadanie obniżanie jej ceny i osłabianie w konsekwencji gospodarki ZSRR.

Fotografia przedstawia mężczyznę, który patrzy na znajdujący się w oddali na lewo od niego szyb naftowy. Nad nimi widać duży fragment zachmurzonego nieba. Na linii horyzontu dostrzegalne są nieliczne drzewa i fragmenty jakichś innych instalacji.

Obserwujemy obecnie działania mające na celu uwolnienie rezerw ropy nawet przez takie kraje jak Iran czy Wenezuela, co spowodowałoby wzrost jej podaży na rynku i spadek cen mówi dr Maciej Woźniak, fot. Dreamstime

Czy jeśli cen nie uda się obniżyć, nie czeka nas podobny kryzys jak w latach 70., kiedy państwa arabskie przykręciły zachodowi kurek z ropą w odwecie za wspieranie Izraela?

Wszystko zależy od tego, jak długo wojna będzie trwała. Jeśli jednak mówimy o kryzysie z lat 70., warto wspomnieć o jednej istotnej kwestii. W krótkim okresie rzeczywiście efektem zmniejszenia podaży ropy była wysoka inflacja i znaczne bezrobocie, zwłaszcza w Europie. Jednak w dłuższej perspektywie zmusiło to część firm do efektywniejszego korzystania z węglowodorów i wdrażania technologii, które dziś byśmy nazwali przyjaznymi dla środowiska. Podobnie dziś obserwujemy, że część krajów chce zwiększyć udział źródeł odnawialnych w miksie energetycznym, co w dłuższej perspektywie jest dobrym rozwiązaniem.

Wcześniej wspomniał pan o Iranie, który na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat nieustannie zmaga się z różnego rodzaju sankcjami. Mamy też przykład takich krajów jak Korea Północna czy Kuba, które z tego względu egzystują na marginesie światowej gospodarki. Może więc można funkcjonować w takiej swego rodzaju autarkii?

Jest to możliwe, ale oczywiście bardzo trudne. Wyłączenie z handlu międzynarodowego powoduje, że obserwujemy w takich państwach przede wszystkim dwa procesy. Konsumenci mają albo ograniczony dostęp do zakupu pewnych dóbr, albo te produkty są znacznie droższe niż gdzie indziej. Mogą na tym zyskać miejscowi wytwórcy, którzy zastąpią tych zagranicznych. Jak wskazuje jednak ekonomia międzynarodowa, straty z powodu wyłączenia z handlu zagranicznego są w ostatecznym rozrachunku znacznie większe niż zyski z tytułu wzrostu cen i zwiększenia sprzedaży u siebie.

Skutki sankcji w Europie

Rosja to ogromy rynek, który wcześniej był penetrowany przez firmy z zachodu. W jaki sposób ograniczające ten proces restrykcje odbiją się na europejskiej gospodarce?

Niestety sankcje to broń obosieczna. Mocno uderzają w rosyjską gospodarkę, ale wpływają – choć oczywiście w mniejszym stopniu – na sytuację m.in. w państwach europejskich, w tym w Polsce. Na poziomie makroekonomicznym nie ma wątpliwości, że wysokie ceny energii idące w parze z ograniczeniem dostępu do rynku rosyjskiego spowodują spowolnienie wzrostu gospodarczego. Natomiast na poziomie pojedynczych przedsiębiorstw wszystko zależy od sektora, w jakim prowadzą biznes.

W Polsce największy problem mają firmy, które działają w obszarze transportu czy przetwórstwa przemysłowego, dla których rynek rosyjski został w tym momencie praktycznie zamknięty. Nieźle w kryzysie radzą sobie przedsiębiorstwa zbrojeniowe, niektórzy producenci energetyki czy paliw – oczywiście jeśli mieli zagwarantowane dostawy surowca po cenach sprzed wybuchu wojny, a teraz mogą sprzedawać po wyższych. Także sektor finansowy zanotuje prawdopodobnie duże zyski, ponieważ wyższe stopy procentowe winduję marże odsetkowe w górę.

Fotografia przedstawia duży plac, na którym wzdłuż lewego boku i horyzontu stoją zaparkowane w rząd tiry. Środek placu jest pusty, a za linią horyzontu widać błękitne niebo, które częściowo pokryte jest białymi chmurami.

W Polsce największy problem mają firmy, które działają w obszarze transportu czy przetwórstwa przemysłowego, dla których rynek rosyjski został w tym momencie praktycznie zamknięty – mówi dr Maciej Woźniak, fot. Dreamstime

Rosnące ceny energii zwiększają koszty prowadzonej działalności, a rosnące stopy procentowe powodują, że znacznie trudniej o kredyt – zwłaszcza dla małych i średnich przedsiębiorstw. Koszty można przerzucać na klientów, ale w pewnym momencie i oni mogą powiedzieć stop. Czy polskie firmy posiadają rezerwy, które pozwolą im przetrwać trudny czas?


Problem, o którym pan wspomniał, jest faktycznie poważny. Wszyscy obserwujemy rosnący wskaźnik inflacji związany ze wzrostem cen dóbr konsumpcyjnych, jak ubrania, żywność czy transport. Mamy natomiast jeszcze w ekonomii indeks dóbr produkcyjnych, czyli m.in. nośników energii czy materiałów budowlanych. Tutaj wzrosty są jeszcze większe. Faktycznie często przekłada się to na ceny dla ostatecznego klienta, ale inflacja jest z nami już od pewnego czasu i jest on tą sytuacją zmęczony. Firmy będą musiały albo zmniejszać swoje marże, albo zwiększyć efektywność działania, żeby ceny nie podniosły się ponad akceptowalny dla klienta poziom.

Jeśli chodzi o możliwość finansowanie przez przedsiębiorstwa swojej działalności, po okresie pandemii stały się one znacznie ograniczone. Mniej więcej od roku 2019 obserwujemy istotny spadek wartości depozytów polskich firm. Część ekonomistów uważa, że ma to związek z faktem, iż w okresie pandemii musiały finansować swoją działalność w czasie lockdownów. Otrzymały pewną pomoc ze strony państwa, ale korzystały też z własnych środków. To może być problem, zwłaszcza że dostęp do kredytów jest utrudniony. Jest tu więc zadanie dla państwa, żeby tym przedsiębiorstwom pomóc. Jednocześnie środki publiczne trzeba wykorzystywać z rozwagą, bo mogą być niewłaściwie wykorzystane albo zmarnotrawione.

Moje badania naukowe wskazują, że nie ma w tym względzie jednego uniwersalnego wzorca. Wszędzie są inne uwarunkowania, które trzeba uwzględnić w trakcie planowania takich działań.

Kryzys premiuje elastycznych i innowacyjnych

Szukam jakiejś pozytywnej puenty do naszej rozmowy. Nasuwa mi się taka, że konieczność zaadoptowania się do nowych warunków będzie premiować innowacyjność, a państwo agresor wyłączające się z międzynarodowego obiegu myśli i kapitału w ostatecznym bilansie straci, nawet jeśli zyska terytorialnie.

Owszem, zwłaszcza że terytoria zajmowane przez Rosjan na wschodzie Ukrainy są bardzo zniszczone, więc ich wartość pod względem gospodarczym jest niewielka. Natomiast wejście Ukrainy do Unii spowoduje, że popłyną tam fundusze europejskie. Niektórzy uważają, że to zmniejszy środki, które otrzymuje Polska. Pamiętajmy jednak, że nasze firmy również będą mogły startować w przetargach, które będą ogłaszane na Ukrainie i realizować tam własne inwestycje. Jak słusznie pan zauważył, zacieśnienie związków gospodarczych posłuży dobrze nie tylko Ukrainie, ale będzie też pozytywnym impulsem dla Unii Europejskiej.

To też dobra perspektywa dla małych średnich przedsiębiorstw, które posiadają zdolność do szybkiego przerzucenia się z jednej działalności na drugą. Przykładem było szycie maseczek w okresie pandemii przez firmy, które wcześniej działały w zupełnie innej branży.

***

Dr Maciej Woźniak
ukończył studia na Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Obronił z wyróżnieniem doktorat na Wydziale Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej, gdzie pracuje na stanowisku adiunkta. Prowadzi zajęcia z ekonomii oraz polityki gospodarczej.

Z dr. Maciejem Woźniakiem rozmawiał Piotr Włodarczyk z Centrum Komunikacji i Marketingu AGH.