31.08.2021

Kolektywna inteligencja w służbie elektronicznej republiki. Badacze z AGH analizują wpływ technik informatycznych na partycypację społeczną


W jaki sposób Internet może zwiększyć partycypację obywateli w rządzeniu państwem? Na tego rodzaju pytania odpowiada Grupa badawcza ds. zastosowań ICT (ang. information and communication technologies, technologie informacyjno-komunikacyjne) w sferze publicznej, która działa na Wydziale Humanistycznym. Zespół pod kierownictwem dr. Rafała Olszowskiego analizuje elektroniczne formy partycypacji społecznej i bada, czy idea kolektywnej inteligencji pomoże nam w wynalezieniu nowego modelu politycznego. Coraz więcej wskazuje wszak na to, że demokracja wspomagana ICT – wbrew tezie Churchilla – nie musi być najgorszą formą rządu.

Geneza idei

Aby właściwie zrozumieć ideę leżącą u podstaw systemu demokracji, trzeba sięgnąć do źródeł i odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest obywatel. Wedle Arystotelesa obywatelem był człowiek, który miał możliwość uczestnictwa w życiu publicznym, a w szczególności natomiast możliwość udziału w rządzeniu. Podejmowanie decyzji dotyczących całej wspólnoty politycznej w starożytnej Grecji dokonywało się z kolei podczas zgromadzeń na agorze, czyli na głównym placu w centrum miasta, gdzie prowadzono również debaty dotyczące przyszłości polis. Takim miejscem racjonalnej dyskusji miał się stać kilka mileniów później Internet, z którym wiązano nadzieje na stworzenie przestrzeni, w której obywatele będą rozmawiać i wspólnie decydować o losach państwa. Ten właśnie ideał dr Olszowski z AGH określa nazwą elektronicznej republiki.

Wybory obecnie

Jak to jednak wygląda teraz? Najbardziej rozpowszechnionym modelem demokracji jest demokracja pośrednia, polegająca na tym, że obywatele wybierają przedstawicieli, którzy w ich imieniu będą rządzić i podejmować decyzje na temat państwa. Mniej popularnym modelem jest zaś demokracja bezpośrednia, gdzie obywatele sami dokonują wyborów w drodze głosowania, mając tym samym istotny wpływ na zarządzanie krajem. W owym systemie politycznym grecka idea obywatelstwa znajduje swój najpełniejszy wyraz, bowiem każdy mieszkaniec państwa, o ile tylko podejmuje decyzje w sposób wolny, współdecyduje o losie całego społeczeństwa. Jednym z przykładów opisanej demokracji bezpośredniej jest demokracja elektroniczna (e-demokracja), która ma celu zaangażowanie wszystkich obywateli w sprawy publiczne poprzez wykorzystanie technologii teleinformatycznych, pozwalających na internetowe referenda. Wobec demokracji bezpośredniej można jednak sformułować jeden ważny argument natury ogólnej, a mianowicie powiedzieć, że w istocie oznacza ona rządy tłumu, a o wiele lepsze są przecież rządy ekspertów.

Mądrość tłumu

Czy jednak faktycznie tak jest? Już wspomniany na wstępie Arystoteles pisał w „Polityce”, że masa ludzi zjednoczonych, choćby ją nawet tworzyły niczym niewyróżniające się osoby, może być w postaci ogółu lepsza od wszystkich poszczególnych jej członków, mając w porównaniu do nich większe możliwości. Jako przykład posłużyły filozofowi dzieła muzyczne – pisał on, że jeden człowiek może dobrze ocenić jeden szczegół, drugi inny aspekt utworu, natomiast wszyscy oni mogą razem właściwie ocenić jego całość. Po ponad dwóch mileniach okazało się, że coś w tym w istocie rzeczy może być. W opublikowanej w 2004 r. książce pod nazwą „Mądrość tłumu” James Surowiecki dowodził, że niewyspecjalizowana grupa może mieć rację zarówno w ekonomii, jak i w polityce. Studia przypadków ze świata psychologii i biznesu przekonywały jego zdaniem, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że masa udzieli nie gorszej odpowiedzi, co ogół ekspertów.

Naukowcy badający obecnie fenomen mądrości tłumu skupiają się przede wszystkim na analizie procesów przepływu ogromnych zbiorów danych, z których to próbują wydobyć pewne prawidłowości. W tym celu wykorzystują zaś zdobycze najnowszych dziedzin wiedzy w naukach informatycznych, jakimi są Big Data i machine learning. Porządkując na przykład wielkoskalowy ruch i zachowania w Internecie, uczeni dowodzą, że uśredniona odpowiedź masy anonimowych internautów czasem sprawdzi się lepiej od opinii ekspertów. By mądrość tłumu mogła zaistnieć, muszą przy tym zostać spełnione pewne warunki. Po pierwsze, dość istotna jest różnorodność kognitywna, czyli stan, w którym tłum będzie zawierał jak największą ilość odmiennych punktów widzenia. Po drugie, ważne jest też to, żeby odpowiedzi były udzielane w sposób autonomiczny, czyli były niezależne, ponieważ w przeciwnym wypadku mądrość tłumu zmieni się w owczy pęd.

Kolektywna inteligencja

Jednym z uczonych zajmujących się problemem zbiorowego podejmowania decyzji jest francuski socjolog Pierre Lévy, który w 1994 r. ukuł termin kolektywnej inteligencji. Pionierem naukowego podejścia do opisanej tematyki jest przy tym prof. Tadeusz Szuba, który w 2001 r., będąc natenczas pracownikiem AGH, stworzył jeden z pierwszych na świecie formalnych modeli opisanego zjawiska. Używając aparatu logiki matematycznej, zdefiniował on go jako właściwość struktury społecznej, która może cechować zarówno zbiorowiska ludzkie, jak i kolonie bakterii. Polski uczony wpadł także na pomysł mierzenia wskaźnika Ilorazu Kolektywnej Inteligencji (IQS).

Analizy prowadzone przez Grupę badawczą ds. zastosowań ICT, która działa na Wydziale Humanistycznym, dotyczą jednak nieco odmiennej postaci kolektywnej inteligencji. Otóż zespół pod kierunkiem dr. Olszowskiego bada przede wszystkim mniejsze grupy społeczne – na przykład wybory mieszkańców miasta i zachowania grup lokalnych. W przeciwieństwie do naukowców badających wielkoskalową mądrość tłumu, uczeni z AGH analizują więc kolektywną inteligencję w małej skali. Ważne są dla nich takie grupy ludzi, którzy spełniają nie tylko warunek autonomii, lecz także świadomego zaangażowania w problem, jakie wiąże się z poczuciem misji.

Jeżeli mamy pewną grupę, która ma podjąć zbiorową decyzję, to badania naukowe dowodzą tego, że różny styl myślenia członków tej społeczności, czyli właśnie ta różnorodność kognitywna, przekłada się często na lepszy rezultat. Muszą oni jednakże reprezentować pewne wspólne wartości i cele, a także mieć poczucie grupowej tożsamości – przekonuje dr Olszowski.

Grupa uczonych bada między innymi dotychczasowe formy elektronicznej demokracji, koncentrując się przede wszystkim na inicjatywach powstałych na obszarze Europy Środkowej. Jednym z ciekawych przedmiotów analizy jest na przykład budżet obywatelski miasta Krakowa. Na podstawie wniosków wyciągniętych z obserwacji inicjatyw społecznych, które wykorzystują technologie informacyjno-komunikacyjne, zespół próbuje sformułować tezy dotyczące wpływu ICT na partycypację społeczną. Grupa zastanawia się również, który to model polityczny pasuje dobrze do systemu, gdzie obywatel bierze aktywny udział w tworzeniu elektronicznej republiki.

W ramach naszego zespołu badawczego analizujemy istniejące inicjatywy społeczne wspomagane ICT. Zastanawiamy się też, jakie mają one wpływ na tworzenie polityk publicznych, a także na przyjęty model obywatelstwa. Innymi słowy, próbujemy tu odpowiedzieć na pytanie, kim jest obywatel w elektronicznej republice czy jest faktycznie współtwórcą sfery publicznej, czy raczej konsumentem, jak to jest w modelu liberalnym, gdzie otrzymuje on pewne usługi, za które płaci podatki – przedstawia działalność zespołu badawczego jego kierownik, dr Olszowski.

W służbie elektronicznej republiki

Wracając zatem na koniec do pytania, jakie to wszystko ma przełożenie na słuszność lub niesłuszność demokracji bezpośredniej, można odpowiedzieć, że duże. Jeśli bowiem  faktycznie jest tak, że społeczność pod pewnymi warunkami jest w stanie podać zbliżone czy nawet lepsze odpowiedzi na pytania od wybranej do rządzenia grupy ekspertów, to pomysł ten zyskuje ważne uzasadnienie. Może on z kolei zostać urzeczywistniony właśnie we wspomnianej elektronicznej republice, która pozwala stać się obywatelami w pełnym znaczeniu tego słowa, czyli mieć realny udział w podejmowaniu decyzji dobrych dla wspólnoty politycznej, co zaspokaja bardzo ważną potrzebę sprawczości i tym samym scala społeczeństwo. Nie znaczy to jednak, że państwo jest niepotrzebne. W modelu republikańskim rolą państwa jest dostarczenie zasad i infrastruktury potrzebnej do głosowania, pilnowanie jego prawidłowego przebiegu, a następnie wykonywanie podjętych wyborów. Inicjatywa społeczna ma stanowić tylko jeden z filarów racjonalnej polityki.

Małe społeczności wspomagane technologiami informacyjno-komunikacyjnymi mogą być silnym elementem sfery publicznej. Powinny równoważyć instytucje państwowe, działające w formie biurokracji, a także wielkie korporacje medialne, które coraz mocniej oddziałują na Internet – mówi dr Olszowski, zwracając uwagę na trzeci podmiot współczesnej sfery publicznej.