15.05.2019

„Czy Internet pokieruje naszymi wyborami?” – felieton


Skrócona wersja poniższego felietonu autorstwa prof. Ryszarda Tadeusiewicza została opublikowana w Gazecie Krakowskiej 15.5.2019 r.

Zbliżają się wybory więc nasila się także walka wyborcza. Pojawiają się liczne plakaty, kandydaci starają się korzystnie pokazać w mediach, wyciągane są różne prawdziwe i nieprawdziwe afery. Nic dziwnego, że cały ten przedwyborczy zgiełk przenosi się także do Internetu. Nikt o tym wprawdzie głośno nie mówi, ale komitety wyborcze korzystają z usług wielu internautów „spontanicznie” (ale często za pieniądze) rozpowszechniających różne komentarze. Podobno jest nawet cennik za takie usługi: 5 groszy za komentarz chwalący coś lub kogoś oraz 10 groszy za wpis krytykujący. Liczba takich spamerów czy hejterów stale rośnie, a popyt na ich usługi nie maleje, więc ta forma patologii internetowej bardzo szybko się rozwija.

O tym, jak skuteczne bywają internetowe fałszywe pogłoski (tzw. „fake news”) przekonali się Amerykanie podczas ostatnich wyborów prezydenckich. Podobno stosowano w nich trzy techniki.
Pierwsza polegała na rozsyłaniu wiadomości o zdarzeniach nieprawdziwych, mających jednak silne emocjonalne zabarwienie. Pisano na przykład „Papież pobłogosławił Trumpa” albo „Weterani wojenni przeciwko Hillary”. Nikt tego nie sprawdzał, ale na stan umysłów to silnie wpływało.
Inna technika polegała na wywoływaniu prawdziwych zdarzeń fałszywymi komunikatami. Rozsyłano na przykład informację, że w Minnesocie odbędzie się masowy wiec pod hasłem „Górnicy za Trumpem”. I rzeczywiście setki ludzi się schodziły we wskazanym miejscu i czasie – chociaż w rzeczywistości nikt niczego nie zorganizował. Ale gdzie się znajdzie tłum, tam znajdą się też emocje, więc taki nielegalny wiec odgrywał także swoją rolę.

Najbardziej wyrafinowaną technikę zastosowano w stosunku do mniejszości narodowych, na przykład hiszpańskojęzycznych imigrantów. Rozesłano do nich tysiące smsów o treści „Zagłosuj na Hillary z domu”. Naiwni odbiorcy uwierzyli, że można skutecznie zagłosować nie chodząc do lokalu wyborczego i nie narażając się na związane z tym stresy, więc gorliwie wysyłali smsy o treści Hillary na wskazany adres. Do urn wyborczych nie poszli, no bo przecież już zagłosowali. Natomiast cała akcja była oszustwem, tym bardziej wyrafinowanym, że smsy były płatne i pomysłodawcy akcji jeszcze na tym zarobili!

Nie wiemy, jakie metody walki wyborczej pojawią się w najbliższych dniach w naszym Internecie. Pamiętajmy tylko o jednym:
Internet nie jest wiarygodnym źródłem informacji!
 

 

Wykaz wszystkich publikacji popularnonaukowych prof. Tadeusiewicza wraz z odnośnikami do ich pełnych wersji